Samochód za 2 tysiące złotych, jak to jest w praktyce?

Jak to jest z samochodami w cenie roweru? Poruszałem już podobny temat, dzisiaj wracam w trochę innej odsłonie. Otóż co, gdy kupujemy przykładowo samochód za 2 tysiące złotych, w komisie, u handlarza, nie od właściciela? Czy to auto będzie w lepszym stanie, niż gdybyśmy kupili podobny model, tyle, że tańszy bezpośrednio od poprzedniego właściciela. Dzisiaj odpowiemy sobie na takie pytania.

Weźmy chociażby taką Corsę B. Na rynku znajdziemy ich dużo, w przeróżnych cenach. Są takie za 1200-1500 zł, a i takie za 2500 – 3000zł. Powiem Wam szczerze, byłem w jednym z miejsc, gdzie skupują i sprzedają samochody w takich cenach. Corsa za 1800 złotych była w stanie agonalnym. Mimo iż na zdjęciach i z daleka prezentowała się niczego sobie, to mechanicznie był to wrak nadający się na złom. Później oglądałem inną za 1500zł, tyle, że była od właściciela. Miała sporo odprysków, pęknięty zderzak, szyba się nie otwierała, lusterko poklejone taśmą, no, ale była za 1400zł! I to do negocjacji. Powiem Wam szczerze, choć wizualnie było dużo gorzej, to mechanicznie samochód był sprawny. Owszem, było parę rzeczy do zrobienia, ale nie był to zawieszenie, które puka na każdym wyboju, parę wycieków z silnika, na szczęście nie groźnych, prawdopodobnie już pompa paliwa ledwo zipiała – tak mi powiedział właściciel. Ale ten model był dużo lepszy od tego komisowego, którego widziałem w ten sam dzień. Nie był to pojedynczy przykład, do czego zmierzam? A no moi drodzy, pamiętajcie o jednej rzeczy, jeśli handlarz ma auto na placu, nie ważne w jakiej cenie, on zawsze musi na nim zarobić! Jeśli którykolwiek Wam mówi, że nie zejdzie z ceny, bo na tym aucie nic nie zarobił, to jest oszust, albo idiota, który nie nadaje się do tego biznesu. 

W przedziale cenowym poniżej 5 tysięcy złotych, jest to szczególnie niebezpieczne. Weźmy takie Fiaty, zobaczcie na ilustrację obok, właściciel powie „przez to nie sprzedam go za więcej niż 1000zł”, handlarz natomiast  weźmie żywicę epoksydową / piankę do okien, albo wykaże się uczciwością i to pospawa, ale tak czy siak 90% z nich nam o tym nie powie. Mój apel dzisiejszy, ma Wam otworzyć oczy, abyście przestali skreślać samochody, których nadwozie sporo mówi o jego zaniżonej cenie, a zaczęli zwracać na nie uwagę! Bo przecież jeśli auto kosztuje 2 tysiące złotych to musi być z nim coś nie tak! To nie jest tak, że niektóre auta tyle kosztują, no nie! Fiat Punto I generacji wydaje się tanim autem, ale żeby dostać takie auto w stanie – serwisowany w ASO, garażowany, I właściciel trzeba zapłacić minimum 3,5 – 4 tysiące złotych. Wcześniej wspomniana Corsa to cena 5-6 tysięcy, sprowadzona z Niemiec w przyzwoitym stanie. Jeśli chcecie sprawdzić jaka jest rzeczywista wartość rynkowa, to wejdźcie na dowolnym portalu ogłoszeniowym, albo najlepiej na kilku w zakładkę pożądanego modelu i sprawdźcie, po ile są najdroższe. 

Da Wam to pogląd, jak wiele wad trzeba szukać, w niższych przedziałach cenowych. Równie niepokojące jest to, że mamy na przykład Lanosa za 1200zł, który wygląda tak jak na zdjęciu obok oraz Lanosa za tyle samo, który jest w całości, w dodatku podobno „bez nakładu finansowego”. Tu też nam się powinna zaświecić czerwona lampka! I uwierzcie mi, lepszym interesem byłoby kupić rozbite auto, niż źle naprawione, którego historii nie jesteś w stanie poznać. I choćby nie wiadomo co Wam mówił handlarz pamiętajcie, jego jedyna motywacja przy prezentacji samochodu to – muszę go sprzedać za drożej niż kupiłem, niestety często naszym kosztem, sztucznie picując samochód, tak żeby ładnie wyglądał i oczarował nas z zewnątrz. Do diabła z resztą mankamentów, ma mieć piękne nadwozie, otóż na to nie powinno być zgody! A najstraszniejsze jest to, że to nasza wina. Bo rozmawiałem z trzema sprzedawcami, którzy mi mówili „Wie Pan co, ja nie kręcę liczników, nie lakieruje aut, nie jestem blacharzem, ani nie zaopatruje się w Castoramie przed przyjściem do mojego komisu i wie Pan co? Za miesiąc zwijam interes bo jestem spłukany” kolejny przykład „Panie przychodzi gościu, ma 2000 złotych w kieszeni i jest wielki Pan, musi dostać nie wiadomo co. Ja dostaje auto wymieniam olej i paski, zostawiam paragony i stare części w bagażniku, ale dla nich ważniejsze jest to, że auto ma wgniecenie na klapie bagażnika niż to, że ma 202 tysiące na liczniku, a silnik chodzi jak żyleta. Ja sprzedaje to co mam i wracam do budowlanki, bo z tego w tym kraju chleba nie będzie!”. Trochę sparafrazowane, ale te gorzkie słowa handlarzy, już byłych, bo rzeczywiście zwinęli interes, najlepiej obrazują to co się u nas dzieje. To klient wymusza na sprzedającym „picowanie” aut i póki my nie zmienimy mentalności, gruchoty w pięknym lakierze dalej będą sprzedawały się jak świeże bułeczki. 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *